Wczoraj był 1 marca, stanęłam na wadze. Zobaczyłam coś, czego od niedawna bardzo się obawiałam.
Magiczna pierwsza cyferka... nigdy nie chciałam jej zobaczyć i podświadomie gdzieś myślałam sobie, że dopóki nie ma "tej cyferki" na początku, to jakoś jeszcze jest...
No i wczoraj - stało się. Osiągnęłam tą cholerną wagę. 70,05 kg.
Mam 164 cm, powinnam ważyć 55-58 kg. Jakaż byłam głupia jeszcze te kilka lat temu, kiedy tyle ważyłam, a i tak miałam kompleksy, i tak mi się wydawało, że jestem za szeroka w biodrach, czy że mam zbyt pełne uda.
Byłam idealna! Ile ja bym teraz dała żeby znowu tak wyglądać. Zostały mi tylko zdjęcia.
Dlaczego przytyłam? Hmm. ciekawe pytanie. Mogę mieć swoją teorię na ten temat. I mam.
Myślę, że zaczęło się od przyjmowania tabletek antykoncepcyjnych. Na szczęście nie robiłam tego długo, bo około roku, ale ewidentnie po odstawieniu ich mój apetyt się zwiększył. A poza tym, to jednak były hormony i musiały mi w jakiś sposób rozregulować organizm. W ciągu roku od odstawienia tabletek, zaczęłam stopniowo przybierać na wadze. Głównie dzięki temu, że zaczęłam więcej żreć! Przede wszystkim pizze, jakieś inne fast foody i słodycze.
A ostatnio to już notorycznie. A bo nie ma czasu żeby ugotować coś porządnego, to kupię gotową pizzę, wstawię do piekarnika - i gotowe! Najedzona jestem na najbliższe kilka godzin. Ale przecież nie tędy droga.
Mam nauczkę.
Źle się z tym czuję. Nie zakładam spodni, bo za bardzo uwidaczniają mój tyłek i uda. Brzuch też się zaczyna wylewać. Ubieram się w spódnice, najlepiej rozkloszowane, dzięki temu nie widać tego tak bardzo. Umiem to maskować... ale ile można?
Chcę założyć dżinsy rurki i nie martwić się o nic. Chcę bez obaw wskoczyć w kostium kąpielowy, teraz wstydzę się pokazać na basenie. Źle się czuję z tym jaka jestem...
Dokładnie miesiąc temu spróbowałam diety przez wszystkich chwalonej.
Dieta Dukana, tak - ją właśnie mam na myśli.
Wiecie ile wytrzymałam? Cały jeden dzień ! Nie dałam rady.
Zrobiłam placuszki doktora dukana, do tej pory mnie mdli na myśl o nich.
Ta dieta opiera się na jedzeniu nabiału, mięsa. A ja za mięsem zwyczajnie nie przepadam...
Przypomniałam sobie co jadłam kiedy byłam nastolatką, kiedy byłam szczupła.
I teraz postanowiłam do tego powrócić.
Moje założenia na najbliższy czas:
1. Nie jeść słodyczy. Wcale!!!
2. Jeść dużo warzyw i owoców.
3. Pieczywo - tylko pełnoziarniste.
4. Pić dużo zielonej, czerwonej herbaty i wody mineralnej.
5. Nie pić coca-coli ani innych słodkich, gazowanych napojów.
6. Ograniczać ziemniaki, zastępować kaszą jaglaną, gryczaną czy ryżem.
7. Mieć więcej ruchu, spacery, biegi, jazda na rowerze.
Jeżeli tylko będę się do tego stosować - to na pewno schudnę.
Pułapka polega tylko na tym żeby wytrwać. To jest jedyna rzecz.
Do tej pory nie umiałam wyobrazić sobie dnia bez słodyczy.
Teraz czas to zmienić.
Czy wytrwam? Dzisiaj w pracy na pewno będą ciasta. Muszę odmówić.
Pojutrze - Tłusty Czwartek. Nie wypada nie zjeść pączka.
Życie nie ułatwia chudnięcia, ale muszę osiągnąć cel.
Zaczęłam już od wczoraj. Pojechałam do hipermarketu. Nakupowałam owoców, warzyw.
Zaraz zjem śniadanie. Marchewkę i jabłko. Na obiad ugotuję brokuła.
Potem skoczę na ryneczek i kupię chleb pełnoziarnisty.
Muszę zmienić nawyki żywieniowe.
Jestem zdeterminowana. Tym razem nie odpuszczę!!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz